Nowe wyzwanie po Festiwalu 9 Hills
Festiwal 9 Hills dobiegł końca, a wraz z nim – moje pierwsze jarmarkowe pomysły. Sprzedaż bezpośrednia bardzo przypadła mi do gustu i zaczęłam zastanawiać się, gdzie mogłabym pojawić się kolejny raz. Nie miałam jednak konkretnego planu. I właśnie wtedy z pomocą przyszła Paulina, która umówiła nas na spotkanie z osobą odpowiedzialną za wystawców podczas Mistrzostw Świata w Baloniarstwie w pobliskim Grudziądzu.
Pomoc dobrych ludzi
Na mojej drodze pojawiła się także Magda Potulska – prawdziwa dobra dusza. Ponieważ nie miałam jeszcze własnego namiotu ani stołu, Magda użyczyła mi wszystko, co było potrzebne: pełnego wyposażenia, a nawet namiotu w barwach miasta Grudziądza. Jedyne, co musiałam zrobić, to przyjechać i sprzedawać swoje wyroby. Wszystko brzmiało idealnie… do momentu, gdy Magda oznajmiła mi, że wydarzenie trwa pięć dni – od środy do niedzieli. Ugięły się pode mną kolana. Przecież nie miałam tylu produktów! Do eventu został tylko tydzień. Chciałam odmówić, ale wiedziałam, że na początku swojej drogi nie mogę się poddawać.

Tydzień ciężkiej pracy
Zakasałam rękawy i ruszyłam do pracy. Wstawałam o świcie, kładłam się późno w nocy, robiąc przerwy tylko na ugotowanie obiadu dla rodziny. Rano projektowałam, po śniadaniu układałam elementy na tackach, a potem do późnego wieczora nawlekałam kolejne bransoletki z kamieni naturalnych i naszyjniki. Produkty rosły w liczbie, a Tomasz dorabiał mi nowe ekspozytory i ulepszał te, które powstały wcześniej. Tuż przed wyjazdem zebrałam biżuterię z miejsc, gdzie była wystawiona wcześniej, i z ulgą pomyślałam: „Może wystarczy”.

Pięć dni, pięć lokalizacji i setki doświadczeń
Pierwszego dnia po rozłożeniu stoiska wszystko wyglądało perfekcyjnie. Ludzie oglądali, komentowali, czasem kupowali. Wiele osób uważało jednak, że moje produkty są „za drogie”, bo przecież „ile mogą kosztować koraliki?”. Kiedy odpowiadałam, że bransoletka kosztuje 70 zł, często słyszałam: „ILE?! Za takie coś?”. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę nie przesadzam. To wtedy Tomasz wyjaśnił mi mentalność „polskiej cebuli” – że dla niektórych nawet za darmo będzie za drogo. Zrozumiałam, że nie walczy się z tym, tylko idzie dalej i robi swoje.
Zaczęłam obserwować ludzi, którzy zatrzymywali się przy moim stoisku. Po pięciu dniach wiedziałam już jedno: zasobność portfela nie ma znaczenia. Biedna emerytka potrafi docenić rękodzieło bardziej niż bogacz, który próbuje obrazić lub zniechęcić. Liczy się mentalność, a nie pieniądze. Pojawiali się też klienci zaciekawieni moim wyglądem – pytali, skąd jestem. Odpowiadałam, że z Ekwadoru, a Tomasz w tym czasie poznawał innych wystawców i zbierał wiedzę o kolejnych jarmarkach.

Co dalej?
Pięć dni minęło szybciej, niż przypuszczałam. Pięć lokalizacji, codziennie inni klienci, wiele rozmów i jeszcze więcej nauki. Sprzedałam sporo, ale zdobyłam jeszcze cenniejsze doświadczenia. Teraz czekam, trochę jak na szpilkach, co przyniesie kolejny tydzień. Gdzie poniosą nas nogi? Tego nie wiem. Wiem za to jedno – jutro jest poniedziałek, a ja od rana muszę wrócić do pracy nad nową biżuterią z kamieni szlachetnych i pereł słodkowodnych. Muszę być przygotowana. Stan magazynowy musi się zgadzać.
Tymczasem święta tuż-tuż. Jeżeli jeszcze nie masz pomysłu na prezent dla bliskich, koniecznie zajrzyj do mojego sklepu. Znajdziesz tu idealne na zimę poncza etniczne z wełny alpaki prosto z Ekwadoru! A do tego mnóstwo pięknej, pełnej pasji włożonego w jej stworzenie serca biżuterii. Wybierz coś!

Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Blog
