alt
Schowek 0
Twój schowek jest pusty
Koszyk 0
Twój koszyk jest pusty ...
Strona główna » Blog » Niezapomniany pierwszy import z Ekwadoru

Niezapomniany pierwszy import z Ekwadoru

Data dodania: 18-05-2026


Przygotowania do zakupów trwały cały dzień. Najpierw przeglądaliśmy wszystkie wyroby, jakie oferowała firma Pani Ingrid. Materiały te jednak wyglądały nieco inaczej, niż można by się spodziewać w Europie.

Ekwadorskie małe firmy, znajdujące się wysoko w górach, bardzo rzadko mają swoje strony internetowe, sklepy online czy katalogi. Spowodowane jest to wieloma czynnikami. Nieufność do zakupów online sprawia, że wszyscy cenią sobie spotkania handlowe, nawet sprzedając produkty pierwszej potrzeby. W większości są to osoby starsze, które nie są biegłe „w te klocki”.

Dostęp do internetu lub sieci komórkowych jest ograniczony przez wysokości, na jakich żyją i pracują ci ludzie. W Europie wzniesienia powyżej 2000 m n.p.m. to przestrzeń zarezerwowana dla turystyki, odpoczynku i relaksu. Ekwadorczycy żyją i pracują na wysokościach powyżej 4000 m n.p.m. Dodatkowo wzniesienia i górskie szczyty skutecznie blokują zasięg.

Przygotowania do zakupu towarów, wielka pokusa i problemy czasowe

Pani Ingrid po prostu zrobiła nam zdjęcia swojego sklepu stacjonarnego, a konkretnie regałów z wyrobami. Ja musiałam wszystko sobie powiększać, analizować i pytać o kolorystykę. Było tego naprawdę sporo: plecaki etniczne , haftowane torebki , worki etno, poncza z wełny w wielu wyjątkowo pięknych kolorach. Mnóstwo wzorów i haftów — i pomimo takiego asortymentu nic się nie powtarzało. Miałam wielki dylemat. Chciałam kupić wszystko, jak leci, wpakować w kartony, ale było ograniczenie finansowe. Dopiero rozpoczynam tę przygodę i mam kupić tylko próbkę, a nie zatowarować cały sklep.

Zakupy zakończyłam o 23:00. To kolejny mankament, którego musiałam się nauczyć. Różnica czasu — 7 godzin — trochę komplikuje sprawę, bo wszystko trzeba załatwiać dzień wcześniej. Ekwadorczycy zaczynają pracę dokładnie w momencie, kiedy my ją kończymy.

Wybór produktów, trudności w opłaceniu zamówienia

Torebki, plecaki, portfele — wybrane. Wszystkie piękne, kolorowe, jak malowane. Kolory, jakich w Polsce nie widziałam, i wzory, które powinny podobać się kobietom, wylądowały w kartonie. Teraz zaczynały się dopiero problemy. WYSYŁKA.

Pani Ingrid oznajmiła, że teraz czeka na przelew, a paczkę wyda dopiero wtedy, kiedy pieniądze będą na koncie, co jest zrozumiałe. Transfer wykonaliśmy dopiero kolejnego dnia. Trzeba było założyć konto walutowe, kupić USD, a transferu dokonać w oddziale banku. Sam przelew "szedł" trzy dni robocze, a wysyłaliśmy pieniądze w piątek — kolejne pięć dni "w plecy" plus różnica czasu, więc praktycznie sześć dni.

Zaskakujące problemy z wysyłką towaru

Kolejny krok to wysyłka do Polski. Myślałam, że to tak jak w Europie — sprzedający nadaje przesyłkę i paczka jedzie do klienta. Przecież to takie proste… prawda? A jednak nie. Ekwadorczycy nie wysyłają przesyłek międzynarodowych, bo nie mają do tego uprawnień. Od tego są specjalne miejsca, które wszystko ogarniają, ale skąd takie wziąć? Pani Ingrid sugerowała przyjazd. Teraz wiem dlaczego.

Wszystko przesunęło się o kolejny tydzień, może trochę dłużej. Żadne z biur nie chciało negocjować ceny przez telefon, tylko osobiście z szefem. Została nam więc regularna cena, która była naprawdę wysoka i przewyższała cenę zakupów. Byłam w kropce. Zakupy zrobione, zapłacone, a nikt w Ekwadorze pieniędzy w biznesie nie oddaje — tym bardziej, kiedy ostrzegali i sugerowali.

Paczka w podróży przez całą Amerykę

W końcu dało się nadać przesyłkę, która dotarła na lotnisko międzynarodowe w Quito, a służby celne wypuściły ją dalej w świat, do Polski. Niestety los znów postanowił pokrzyżować nam plany. Śledząc na bieżąco status przesyłki, widziałam, jak paczka ląduje w Nowym Jorku i czeka tam jeden dzień, potem leci na kolejne lotnisko w USA, znowu czeka i znowu leci na lotnisko w USA. Takim sposobem moje zakupy zwiedziły chyba pięć lotnisk w samych tylko Stanach, aby zatrzymać się na lotnisku w Chicago.

Wystąpił problem. Taki widniał komunikat statusu paczki. Przewoźnik nie potrafił określić problemu. Kazali czekać i uzbroić się w cierpliwość. Jak tu być cierpliwym, skoro włożyłam w to wiele dni pracy i całe oszczędności? Przez ponad tydzień sprawdzałam paczkę prawie co godzinę, a ona z uporem widniała w tym nieszczęsnym Chicago.

W końcu Europa!

Pewnego poranka, dość już załamana zaistniałą sytuacją, zrobiłam sobie kawę, usiadłam do śniadania i włączyłam status paczki, a ona — jak gdyby nigdy nic — wylądowała sobie o czwartej nad ranem w Berlinie. Powietrze ze mnie zeszło. Pogodziłam się już z myślą, że wszystko stracone, a tu jednak jest i zbliża się do mojego domu. Jest w Europie, teraz na pewno pójdzie gładko!

Pierwsze zderzenie z importem pokazało, jak mało wiemy

Po wylądowaniu przesyłki w Gdańsku zaczęły się kolejne problemy. Wynikały one jednak z faktu, że brakowało nam doświadczenia w załatwianiu dokumentów i znajomości prawa międzynarodowego. Nie wiedzieliśmy kompletnie, że w tym momencie staliśmy się importerami. Zupełnie nieświadomie weszliśmy z marszu w proces, którego normalnie ludzie uczą się całe życie, a przepisy zmieniają się codziennie — i to dosłownie codziennie. Niebawem mieliśmy się o tym przekonać...


Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Blog
Korzystanie z tej witryny oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji możesz znaleźć w naszej Polityce Cookies.
Nie pokazuj więcej tego komunikatu