Duch jesieni i wspomnienie lata
Duch letnich jarmarków uleciał już we wspomnienia. Za oknem zrobiło się szaro, zimno i mokro, a liście zmieniały kolory – od złota po głęboką czerwień. Jak to się mówi w Polsce – nastała “polska złota jesień”.
Dla mnie to wciąż coś niezwykłego. W moim rodzinnym mieście, Guayaquil, mamy przecież tylko dwie pory roku. Porę deszczową – od połowy stycznia do marca – kiedy powinny pojawiać się ulewy i oberwania chmur, którym często towarzyszą trzęsienia ziemi. Niestety z tym deszczem bywa jak w Polsce ze śniegiem – wszyscy czekają, a on nie przychodzi. Ziemia potrafi się więc trząść… na sucho.
Druga część roku to pora sucha. W czerwcu i lipcu robi się „chłodniej”, a temperatura spada do 27-30°C. Dlatego jesień, jaką widzę tutaj, jest dla mnie czymś dziwnym, a jednocześnie fascynującym.
Praca nad biżuterią w jesienne chłody
Ten spokojniejszy, chłodniejszy czas wykorzystałam najlepiej, jak potrafię. Miałam więcej przestrzeni na tworzenie biżuterii – powstały nowe projekty z pereł słodkowodnych, czarnego turmalinu i innych kamieni naturalnych.
Tymczasem Święta Bożego Narodzenia zbliżały się wielkimi krokami. Wszędzie pojawiają się reklamy i ozdoby, w radiu słychać kolędy. Papa Noel – tak w Ekwadorze nazywamy waszego Gwiazdora – zaczyna kompletować prezenty. A ja postanowiłam mu to trochę ułatwić.

Strach i ekscytacja przed pierwszymi świątecznymi jarmarkami
Nasz pierwszy sezon jarmarków świątecznych rozpoczęliśmy skromnie. Wysłaliśmy zgłoszenia tylko do Chełmna i Świecia.
Grudniowa aura naprawdę mnie przestraszyła. Temperatury na minusie, a ja – ciepłolubna latynoska, urodzona w miejscu, gdzie w słońcu bywa ponad 40°C – mam spędzić cały dzień na dworze? Przecież to mnie zabije!
Na szczęście Tomek zadbał o moje przetrwanie. Kupił mi bieliznę termoaktywną, polarowy ocieplacz z wojskowego sklepu, filcowe wkładki do butów. Przygotowałam ciepły sweter z alpaki i grube spodnie. Teściowa przekazała mi swój skórzany, góralski płaszcz – pamiątkę z młodzieńczej wycieczki do Zakopanego – oraz podgrzewacze do rąk. Byłam gotowa. Wyposażona jak na wyprawę polarną.
A Tomek? Kalesony, dżinsy, bluza z kapturem i kurtka. I czapka. Tylko tyle. Nigdy nie zrozumiem, jak Polacy potrafią być odporni na każdą temperaturę i jak łatwo dostosowują się do klimatu, w którym przyszło im żyć.

Bajkowa atmosfera w Świeciu
Na jarmarku w Świeciu pojawiło się wielu wystawców – głównie lokalnych rzemieślników i rękodzielników. Spadł śnieg, zrobiło się bajecznie. Na scenie dzieci śpiewały kolędy, drzewa ozdobiono kolorowymi lampkami, wokół stanęły choinki i dekoracje. Czuć było ducha świąt. Ale nie tylko jego.
Dwa stoiska dalej rozstawiła się kuzynka Tomka – Basia, ciepła i serdeczna osoba. Podeszła do mnie z termosem. „Masz, Vanessa, napij się, bo zimno jest” – powiedziała, nalewając do kubka jego zawartość. W moim świecie termos służy do herbaty albo kawy. Tym razem było inaczej. Po pierwszym łyku aż zaparło mi dech. A potem… zrobiło się cudownie ciepło.
„To domowy grzaniec” – uśmiechnęła się Basia. – „Jak się skończy, Mirek dowiezie więcej.”
Aromat pomarańczy, cynamonu i goździków, połączony z domowym winem, podbił moje serce. Dzięki temu jarmark minął mi naprawdę przyjemnie. Klientów było sporo, humory dopisywały. Przewinęło się też wielu stałych kupujących.
„Mam od pani bransoletkę i chciałabym dokupić naszyjnik” – takie zdanie potrafi rozpalić serce. To tylko kilka słów, ale dla mnie znaczą bardzo wiele. W takich chwilach ręce same rwą się do tworzenia nowych projektów.

Chełmno dało nam w kość!
Po Świeciu przyszedł czas na Chełmno. Tym razem jarmark trwał dwa dni – w sobotę i niedzielę. Rozstawiłam stoisko na rynku, uzbrojona w solidne ubrania, nowe wyroby i oczywiście termos z grzańcem.
Niestety, pogoda nie była łaskawa. Temperatura odczuwalna spadła do –12°C, wiał wiatr, a śnieg sypał prosto w oczy. Organizator robił wszystko, by wskrzesić świąteczny nastrój, ale ludzie woleli zostać w ciepłych domach.
Takie są jarmarki świąteczne – całkowicie uzależnione od pogody. Wystawcy byli załamani. Planem B była niedziela. Wspólnie sprawdzaliśmy prognozy, pocieszaliśmy się nawzajem. „Będzie zimno, ale bez wiatru. Będzie dobrze.”
I rzeczywiście – niedziela okazała się mroźna, lecz spokojniejsza. Rynek od rana rozbrzmiewał kolędami, ludzie chętniej wychodzili z domów i poddawali się świątecznej atmosferze. Odbiło się to także na sprzedaży. Udało się odrobić straty z soboty i zostało coś „na górkę”.

Byle do ciepłego domu!
Pod koniec dnia z utęsknieniem patrzyłam na zegarek. Zmarznięte dłonie i stopy przypominały mi, że jednak bliżej mi do równika niż do polskiej zimy. Ale przyświecała mi jedna myśl – w domu czeka ogień wesoło tańczący w kominku i gorąca zimowa herbata z cynamonem, imbirem, cytryną i konfiturą.
I właśnie dla tych chwil – pełnych kontrastów, emocji i małych zwycięstw – warto wychodzić ze swojej strefy komfortu. Nawet jeśli oznacza to minus dwanaście stopni i śnieg lecący prosto w oczy.

Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii Blog
